Nad kubkiem z herbatą...03.03.2009 :: 18:44 |
Link |
Komentuj (1)Siedzę w pokoju i pije herbatę. Pewnie po tym co napiszę większość moich "herbatolubnoeksperckich" znajomych będzie mnie chciało zlinczować, ale co mi tam. W ustach gości co chwilę smak Earl Grey'a z cytryną, kawałkami ananasa i dwiema łyżeczkami brązowego cukru. Odrobina cynamonu i imbiru dodaje herbacie pikanterii, ale takiej, która koi zmysły i pozwala na chwilę zapomniec o wszelakich problemach życia codziennego.
Również rozmiar kubka z którego pije "dokłada swoje" do prawdopodobnego linczu. Pojemność kubka : pół litra.
Dla mnie to pół litra odprężenia. Chociaż chwila podczas tego wariackiego dnia, kiedy mogę po prostu usiąść i wiele rzeczy przemyśleć. Często zawieszam wzrok na dwóch drzewkach bonsai stojących na parapecie. Opiekuję się tymi maluchami i daje mi to dużo frajdy. One również są pewnym rodzajem odskoczni od rzeczywistości. "Pysznymi chwilami" tak potrzebnej czasem ciszy.
Herbata się kończy czyli pora przestać pisać, choć pewnie na tej jednej herbacie się dzisiaj nie skończy.
uśmiech przy świetle świec15.10.2008 :: 22:38 |
Link |
Komentuj (1)Minął już ponad rok od chwili kiedy dokonałam wyboru. A może to moje serce wtedy zadecydowało? Sama nie wiem...
Konsekwencje wyboru odczuwam do dziś i nie żałuje. Mój anioł stróż, który czasem bywa zawodny i grzeszny niczym anioły z książek M.L.Kossakowskiej, jednak sie o mnie troszczy. Czasem z różnym skutkiem, ale jednak.
Brakuje mi promieni słonecznych przenikających przez jesienne, kolorowe liście, brakuje mi płomieni świec późnym wieczorem, uśmiechu...właśnie "TEGO" specjalnego uśmiechu, który anielskim natchnieniem dawał siłę na całe tygodnie. Jednak mam nadzieję i wierzę w to, że kiedyś trafie do raju mojego anioła, a wtedy wreszcie będę mogła oddać swą duszę w ofierze dla kultu życia. Wtedy wreszcie będę mogła być szczęśliwa - z NIM.
naprawde kocham deszcz06.08.2008 :: 19:49 |
Link |
Komentuj (0)"Uwierzcie mi...naprawdę kocham deszcz"
Od kilku dni dźwięki piosenki Roberta Kasprzyckiego pod tytułem "Naprawdę kocham deszcz" przygrywają w każdej złej sytuacji lub chwili zadumy. Trochę minęło odkąd ostatnio pisałam, ale w sumie jest niewiele spraw o których chce/mogę/wypadałoby pisać. Zresztą i tak pewnie nikt tego nie czyta. Trochę się ostatnio zaniedbałam. Nie robię zdjęć, nie pisze, nie rysuje. Nawet nauka japońskiego poszła w odstawkę i powoli pokrywa się grubą warstwą kurzu leżąc w kącie pokoju."Lubię gdy deszcz obejmuje mnie
Mówiąc że nikt nie zobaczy łez
Nikt nie wyśmieje nie zrani już
Tak szepcze deszcz mokry anioł stróż..."
Co do anioła stróża...chyba mogę powiedzieć, że jeden lata koło mnie, pilnuje dyskretnie moich myśli i obserwuje każdy mój ruch. Nie przeszkadza mi to, a nawet jest miłe. Przynajmniej wiem, że ktoś się o mnie troszczy...nawet jeśli jest przy mnie tylko duchem. To i tak wiele...
ten sam scenariusz...24.12.2007 :: 23:24 |
Link |
Komentuj (2)Dzis - w dniu niby tak szczegolnym dla niektorych, znow powtorzyl sie scenariusz, ktory w moim zyciu zagoscil jakies 5 lat temu specjalnie na ten dzien i co roku powtarza sie. Znow plakalam. To nie byly jednak zwykle lzy. Lzy niezrozumienia...pozniej samotnosci i opuszczenia. Lzy cieknace po policzkach; serce, ktore musialo dokonac wyboru: czy woli brac dla siebie szczescie czyims kosztem czy dawac szczescie kosztem wlasnego. Otumanione smutkiem, nieco przestarzala i zakurzona dobrocia wybralo to drugie, a teraz podzielone jest na tysiace czesci pograzonych w smutku. Skleja sie powoli nienawiscia do swojego wyboru...i do tego, ze ktos jednak ten wybor zaakceptowal...
A teraz w glowie gosci nienawisc...do siebie i do Niego...
A gosci w glowie, bo serca juz nie ma...posklejalo sie samo i poszlo...zostawilo pusta piers. Moze to i dobrze...
dzien wczorajszy...07.08.2007 :: 11:00 |
Link |
Komentuj (0)Dzien wczorajszy dniem zalamania porzadku w zyciu.
Mala informacja, ktorej nadejscia oczekiwalo sie od dawna. Mialo sie ja poznac jako jedna z pierwszych i jako jedna z niewielu osob. Tymczasem okazuje sie jednak, ze informacja ta od jakiegos juz czasu istnieje w codziennych realiach, spokojnie zasmiecajac swiadomosc posiadacza, nie zasmiecajac jednoczesnie mojej wlasnej swiadomosci (a nie ukrywam, ze tego zasmiecania oczekiwalam od dawna). Caly swiatopoglad lega w jednej chwili w gruzach w momencie gdy dowiaduje sie o isnieniu informacji zupelnie przypadkiem. Najbardziej jednak boli nie fakt, ze informacja istnieje i jest potwierdzeniem pewnych zdarzen, ale to, ze wydawac sie moglo, ze pomimo dlugoletniej znajomosci i otwartosci wzgledem posiadacza wiadomosci, dotarla ona do mnie zupelnie przypadkiem. Ot tak uciekla z ust podczas rozmowy, jakby byla beknieciem po porannym posilku. Szok, zlosc, zawod, rozgoryczenie, poczucie oszukania. Ooo tak! To wkracza wtedy w serce jak zgraja wyglodnialych wilkow, chcacych pozrec kazde dobre wspomnienie o 6 przyjazni. O dziwo, niezle im to wychodzi.
W chwili obecnej wspomnienia z poodgryzanymi nozkami i wydartymi sercami dogorywaja gdzies w zakatkach glowy, a ja zaczynam tracic wiare w osobe, ktora znalam. Tak...znalam...czas przesly jest tu wysoce wskazany, bo dzis juz nie poznaje tej dawnej osoby z ktora kiedys mozna bylo robic wszystko. Jej juz nie ma...zostal tylko ktos z kim mam coraz mniej wspolnego.
Usmiechajac sie smetnie dochodze jednak do wniosku ze nic nie moge zrobic. Nie mnie wysnuwac wyroki, oskarzenia, zale. To w koncu nie moje zycie i nie mnie dano prawo do podejmowania decyzji. Jednak byloby milo zasmiecic swa swiadomosc informacja...od tej wlasnie osoby...informacja dla niej i dla mnie bardzo wazna.